Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 709 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Gaudiego czas…

niedziela, 03 czerwca 2012 21:15

Każdy może mieć swoje pięć minut. Pan Antonio Gaudi zasłużył na więcej niż pięć minut. Oryginalny architekt, który pozostawił po sobie kilka zaskakujących projektów. Nie można objąć go krótkim komentarzem. Miałam okazję zobaczyć kilka miejsc stworzonych przez Gaudiego. Na początek Park Guell. Obecnie park publiczny. Jednak w pierwotnym założeniu miało to być osiedle mieszkalne położone w parku. Miały tu być domy pięknie położone w zieleni. Barcelona nieopodal, a tu sielanka. Sam pomysł miał Eusebio Guell. On finansował projekt przygotowany i realizowany w najdrobniejszych szczegółach, przez Gaudiego. Sam Gaudi zamieszkał w miejscu, które stworzył. Oprócz niego mieszkała tam jeszcze tylko jedna osoba, więcej nikt… stało się to zapewne za sprawą złego połączenia z centrum Barcelony. Z tego co pamiętam z opowiadań przewodniczki, do nowego i pięknie położonego miejsca zamieszkania miała prowadzić nowa linia tramwajowa, ale… linia została rozbudowana w innym kierunku i klops. I tak z czasem Park stał się miejscem publicznym. A kiedy sława Gaudiego rosła, stał się również miejscem wizyt niezliczonych rzeszy turystów. Najbardziej znana i obfotografowana w parku chyba jest bardzo długa, mozaikowa i wijąca się ławeczka.

 

 

 

Zapewne i jaszczurkę każdy skojarzy.

 

Dom Gaudiego. Mieszkał tam przez pewien czas. Obecnie znajduje się tu muzeum Gaudiego.

 

Budynki przy bramie wejściowej.

 

 

Park przepełniony jest motywami z natury. Gaudi tworząc budynki, zaułki parku, kolumny odwoływał się do naturalnych wzorów.

 

 

 

 


oceń
1
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Pałac Muzyki…

poniedziałek, 14 maja 2012 21:40

Jedno z pierwszych miejsc jakie odwiedziłam w Barcelonie to Pałac Muzyki Katalońskiej. Zaczarowany świat jaki tworzy muzyka tu przełożył się na każdy fragment budynku. Budynek wzniesiony pomiędzy 1905 a 1908 rokiem został tak zaprojektowany, aby jak najlepiej ponieść głos śpiewaków występujących na scenie, wprost do uszu słuchaczy. Obecnie występują tu nie tylko chóry czy śpiewacy z repertuarem muzyki klasycznej, ale i zespoły muzyki nowoczesnej. Jednak według założeń twórców tego budynku - Luisa Domenecha i Montanera– to ludzki głos jest tu najważniejszy. A każdy element sali koncertowej ma za zadanie stworzyć cudowną dla o ludzkiego głosu akustykę. Żeby powstał tak piękny secesyjny budynek przyczyniła się spora grupa ludzi – okoliczni przedsiębiorcy tekstylni. Budynek wspierają trzy masywne kolumny, a w kolumnach są kasy biletowe. Pierwsze jakie działały.

 

Fasada jest z czerwonej cegły, pięknie zdobiona mozaikami. Na piętrze są dwa rzędy kolumn ozdobionych mozaiką. Jednak 'ozdoba' to nie jedyna ich funkcja. Będąc w środku budynku i wyglądając na zewnątrz, kolumny optycznie powiększają przestrzeń w pomieszczeniu na piętrze.

 

Front budynku jest ozdobiony również rzeźbami takimi jak flaga katalońską, postać św. Jerzego czy sławnych kompozytorów.

 

Z boku budynku trochę bardziej nowocześne - czarujące drzewo wyłaniające się spod czerwonych cegieł.

 

Kto chce zobaczyć wnętrze budynku musi koniecznie pojechać do Barcelony. Mogę dodać, że sala wypełnia się światłem słonecznym wpadającym przez piękne kolorowe witraże. W ciągu dnia światło wpadające przez te witraże wystarcza, aby rozświetlić całą salę koncertową. Jeden z witraży jest na suficie i przedstawia słońce i wodę. Słońce kolorem i wzorem, a wodę kształtem. Bo witraż jest uformowany tak jakby zaraz miała utworzyć się kropla wody na soplu ludowym, żeby spaść na podłogę. Witraż jest na środku dachu sali koncertowej. Dookoła są podwieszone piękne żyrandole, które jak kwiaty przechylają się do słonecznego witraża. Ściana sceny, wypełniona jest pół rzeźbami-pół mozaikami postaci muz. Artyści występujący na scenie na pewno nie czują się tam osamotnieni, bo muzy są tuż koło nich. Boki sceny wypełnione są płaskorzeźbami. Secesja to motywy roślinne. Dlatego jest mnóstwo kwiatów, a kolumny są jak palmy (a liście tych palm są jak ogon pawia). W całym budynku jest mnóstwo kwiatów. Autor budowli je uwielbiał dlatego można je znaleźć nie tylko w sali koncertowej, ale i w innych pomieszczeniach Pałacu. Inny budynek zaprojektowany przez tego samego autora kamienica - Casa Lleó Morera - usytuowana niedaleko sławnej kamienicy Gaudiego, również obficie ozdobiona jest kwiatami (może o tym przy innym wpisie, jak mi nie umknie… ). Budynek w latach ‘80 został wyremontowany. W Sali koncertowej zostały dopracowane szczegóły polepszające akustykę jak np. obicie krzeseł. W celu wytłumienia hałasu z zewnątrz budynek został otoczony dodatkową ścianą ze szkła.

 

 

W 1997r budynek został wpisany na listę zabytków UNESCO.

Tekst na podstawie Wikipedii, przewodnika Pascala oraz opowieści przewodniczki po Barcelonie.


oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Wszystkie drogi prowadzą do…

czwartek, 10 maja 2012 21:15

Barcelona. Miejsce gdzie nieustannie są tłumy ludzi. To trochę tak jakby każda droga prowadziła do tego miasta. Nie sposób ominąć tego miasta. Każdy wcześniej czy później musi się tu znaleźć. Znalazłam się i ja. I ja popłynęłam w tej rzece ludzi. Razem z innymi odwiedziłam najbardziej znane, najczęściej odwiedzane miejsca w Barcelonie. Razem z innymi wciągałam aparat fotograficzny i robiłam zdjęcia. Jak setki, tysiące, miliony ludzi przede mną i jak setki, tysiące, miliony ludzi po mnie. Starałam się robić zdjęcia z jak najmniejszą ilością ludzi, tak żeby widać było budynki i to co w nich widziałam ciekawego. I o tym będzie w późniejszych wpisach. A tu i teraz ‘zakamarki’ Barcelony wypełnione życiem, tak jak to wygląda naprawdę.

Wcześniejszy wpis był związany z plażą. Tu ponownie okolice plaży.

  

 

  

A jeśli jesteśmy przy wodzie to oceanarium. Miejsce gdzie każde dziecko, małe czy duże chce się znaleźć.

 

Świat Gaudiego. Budynki, park, katedra. Wszystkie miejsca związane z tą osobą przyciągają tłumy ludzi.

 

 

 

 

 

 

Piękne uliczki, place, katedry, parkiwszędzie gdzie warto być, tam byli ludzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Chodziłam po Barcelonie 3 dni. Z przewodniczką. Sama zdecydowałam się na taki wyjazd. Przez to chyba nie poczułam tego miasta, jak poczułam Budapeszt będąc tam na własną rękę. Dlatego jednak mogłam dostać się w niektóre miejsca bez stania cały dzień w kolejce z tłumem ludzi. Można powiedzieć, że dzięki takiemu wyjazdowi poznałam topografię miasta i umiejscowienie co ważniejszych miejsc do odwiedzenia. I co ważniejsze, niektóre z nich mogłam obejrzeć od środka. Taki wyjazd daje cudowną podstawę do ponownego odwiedzenia tego miasta. Tak na spokojnie, bez pośpiechu i wyliczania czasu co do minuty. Już czekam na taki wyjazd do Barcelony…


oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Majowe upały…

poniedziałek, 07 maja 2012 23:20

W Polsce na początku maja br. można było zaplanować sobie długi urlop. Kto to zrobił, wygrał los na loterii. Pogoda była cudowna. Było ciepło jak w środku lata. Szybko minął ten czas i temperatura spadła. Ja jednak chcę pozostać przez chwilę w ciepłym klimacie. Klimacie, w którym morze zaprasza każdego do kąpieli. A szum fal zaprasza do surfowania…

 

Idzie, idzie fala…

 

 

 

 

A na fali… Wypłynięcie w morze

 

Oczekiwanie na falę

 

Skok na falę

 

Na fali

 

 

 

 

I coś czego nie spodziewałam się uchwycić aparatem. Zatrzymanie fali...

 

A wszystko to działo się w Barcelonie… Siedząc na plaży można było oglądać zmagania: ludzie kontra morze. Jednak kiedy popatrzy się w bok, to w oddali widać wieloryba. Wielkiego, z brązu. Został zbudowany w miasteczku olimpijskim jakie powstało na czas olimpiady w Barcelonie – 1992r.. A teraz zaznacza miejsce „na topie”…

 

Spojrzenie na drugą stronę plaży i od razu na pierwszym planie widać hotel. Na podobieństwo statku z żaglem. Na podobieństwo innego hotelu w innym kraju…? A może po prostu hotel ten dołączył do grona hoteli żagli…


oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Po zimowym śnie…

piątek, 20 kwietnia 2012 23:44

Przyszła wiosna, czas się obudzić i ruszyć z zamkniętych przestrzeni domów, mieszkań do budzącej się zieloności, ciepłego powietrza i słońca. Dziś była wiosenna burza. Pioruny, grzmoty i grad. Jak ona była potrzebna! Obudziła mnie z zimowego snu. Ruszyłam na spacer. Spacer po Warszawie.

Najpierw Ogród Saski. Zielona wiosenna trawa, soczysta zieleń młodych listków na tle ciemnej kory drzew. Magia. Ogród został założony na przełomie XVII i XVIII wieku przez króla Augusta II Mocnego i do dziś daje wytchnienie niejednej zabieganej duszyczce. Jest tu fontanna postawiona w 1855r. Powstała przy okazji budowy pierwszej sieci wodociągowej w Warszawie. Fontanna jest w centrum parku, a woda z niej tryskająca przepięknie połyskuje w słońcu.

Na obrzeżu parku jest Grób Nieznanego Żołnierza. Powstał z części Pałacu Saskiego zniszczonego w czasie II Wojny Światowej. Pałac został zakupiony w 1713r. przez króla Augusta II od Morsztynów, którzy najpierw postawili dworek i zmienili go w pałacyk. A Król ten pałacyk zmienił w Pałac.

Idąc dalej, na Krakowskim Przedmieściu znalazłam wystawę starych zdjęć Warszawy i były tam też zdjęcia Pałacu Saskiego z czasów jego świetności. Wystawa na ulicy została zorganizowana przez Dom Spotkań z Historią http://www.dsh.waw.pl/pl/3_1215.  Do 23.09.2012r. można tam zobaczyć pierwsze fotografie Krakowskiego Przedmieścia wykonane przez  Karola Beyer.

Po zakupie przepysznej bułki z oliwkami udałam się w stronę Wisły. Przechodząc niedaleko Teatru Polskiego zobaczyłam blok, taki zupełnie niepozorny, wręcz nieciekawy. Z jednej strony zaniedbany, ale patrząc na niego od drugiej strony odkryłam rysunek na całej długości kilkunasto piętrowego budynku. Bajeczny, teatralny. Jak tylko zrobię zdjęcie to dołączę je właśnie tu.

Dotarłam do Wisły, a tu śmiejący się i rozmawiający ludzie, biegacze, rowerzyści, kwitnące drzewa na brzegu. Wiosna przyszła, czas obudzić się z zimowego snu…


oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Marinina…

poniedziałek, 05 września 2011 23:54

W naszych księgarniach można znaleźć książki rosyjskiej pisarki Aleksandry Marininy. Kobietka pisze kryminały, których akcja rozgrywa się w dzisiejszej Rosji. Wiedzę potrzebną do ich napisania i opisywania rzeczywistości ze strony pracy policjantów, zdobyła pracując w moskiewskiej milicji. Do tego jej rodzice byli prawnikami.  Na końcu języka mam, że jej książki są lekkie, łatwe i przyjemne. I jeśli chodzi o czytanie to tak właśnie jest. Mimo że tematyka nie jest taka lekkie, to przecież kryminały są… więc i zabójstwa, grupy przestępcze i zwykli ludzie zdolni do czynów o które zwykłych ludzi się nie podejrzewa. W każdym razie nawet jak mam przestój w czytaniu, a na rynku pojawi się nowy kryminał Maryniny, to od razu kupuję taką książkę i wciągam ją w trymiga. Sprawia mi przyjemność spotkanie znanych mi bohaterów. Każda książka to spotkanie z nimi w jakimś momencie ich życia. Bardzo lubię razem podążać ścieżkami tych ludzi i ludzi uwikłanych w różne trudne sprawy. Ostania jej książka, jaka się niedawno pojawiła w naszych księgarniach, to „Obraz pośmiertny”.  Jest w niej świat aktorów, ale przede wszystkim, jak to u Marininy, świat ludzi. To w jakiej rzeczywistości żyli w dzieciństwie i jak to wpłynęło na to jacy są obecnie. Żeby więc poznać człowieka, zrozumieć co wpływa na jego zachowanie, trzeba poznać jego przeszłość. Polecam.


oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Ile słodyczy…

poniedziałek, 08 sierpnia 2011 15:49

Marcepan – słodka masa cukiernicza utworzona głównie z prażonych i zmielonych migdałów, cukru i olejku migdałowego (wikipedia).

Szentendre – miasteczko niedaleko Budapesztu (około 30 km), w którym znajduje się pracownia gdzie wykonywane są dzieła malutkie i duże. A materiałem jest marcepan. Niektóre wyroby z tej „fabryczki” można obejrzeć na pięterku - w muzeum.

Z Budapesztu do miasteczka można dojechać samochodem, kolejką podmiejską Hev lub dopłynąć statkiem. Samo miasteczko urocze, przemiłe i cudne. Pełne małych uliczek, gdzie można się zgubić od innych turystów, którzy zostają na głównej ulicy i trójkątnym ryneczku gdzie można obejrzeć i nabyć liczne pamiątki w tym i marcepanowe…

A oto kilka przykładów marcepanowych dzieł.

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Noc pełna uroku…

wtorek, 26 lipca 2011 21:11

Pięknie oświetlone mosty i budynki. Światła odbijające się w czarnej rzece. Ciepła noc w Budapeszcie sprawiła, że nikt nie chce jeszcze iść spać...

 Mój most. Most Wolności z widokiem na Zamek.

 

 

Monumentalna bryła Zamku.

 

Kościół Macieja i Baszta Rybacka ze swymi pełnymi uroku wieżyczkami; wzgórze zamkowe.

 

Most łańcuchowy w nocnej krasie. W tle jeszcze raz Kościół Macieja na wzgórzu zamkowym.

 

Parlament; widok z Mostu Małgorzaty.

 

Widok z Mostu Małgorzaty na oba brzegi Dunaju.

 


oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Dwa plus jeden…

piątek, 22 lipca 2011 23:36

W Budapeszcie nie sposób ominąć znajdujące się tam kościoły. Oto trzy z nich.

Bazylika Św. Stefana wyrosła przede mną zupełnie niespodziewanie. Wciśnięta pomiędzy inne budynki, wyłoniła się przede mną nagle. Przed głównym wejściem jest spory plac i dopiero będąc na nim mogłam podziwiać pokaźne rozmiary budowli. Po wejściu do środka można obejrzeć piękne freski, niesamowite złocenia i ogromną kopułę, która budowniczym bazyliki sen z powiek zabierała. Na mnie duże wrażenie zrobiły świeczniki przyczepione do kolumn i ścian. Są ogromne, jak sama bazylika. Długość mocowania do ściany szacuję na dwa metry, a ich masywna konstrukcja sprawiała, ze stałam zaczarowana rozmyślając jak to jest przymocowane, że ten świecznik nie odpadnie?

Bazylika była budowana około 50 lat i została ukończona na początku XX w. Jej ogromna kopuła jest tej wielkości co kopuła parlamentu, aby pokazać równość pomiędzy wadzą świecką i kościelną. Równość, a nie władzę którejś ze stron.  W Bazylice jest przechowywana relikwia patrona kościoła, św. Stefana, w postaci jego zmumifikowanej dłoni. Św. Stefan był pierwszym królem Madziarów. Odznaczył się w historii tym, że poprzez chrzest ojczyzny w 1000r. wprowadził ją do grona ówczesnych państw europejskich.

 

 

 

 

 

Na wzgórzu zamkowym znajduje się Kościół Macieja. To miejsce w którym następowała koronacja władców Węgier. Pierwsze wiarygodne wzmianki o istnieniu na wzgórzu zamkowym miejsca modlitwy pochodzą z roku 1247. Kościół w swej długiej historii przeżywała okresy rozbudowy, ale i  doznawał licznych uszkodzeń. Zainteresowanych szczegółami historii tego miejsca i innych w Budapeszcie zapraszam np. na stronę http://www.budapeszt.infinity.waw.pl .  Śmiem stwierdzić że to piękny budynek mimo, że w remoncie i nie mogłam podziwiać go w pełnej okazałości. Dach pokryty kolorowymi płytkami. Przedsionek bocznego wejścia niesamowicie zdobiony. Wnętrze raczej puste. Nie ma takiego przepychu jak w Bazylice, ale malowanie ścian… Nie mogłam się napatrzeć. Spędziłam tam naprawdę dużo czasu na oglądaniu ścian i kolumn. Nie było miejsca bez „wzorku”. No super, sami zobaczcie.

 

  

 

 

 

 

 

 

W Budapeszcie znajduje się polski kościół i Dom Polski. Udałam się tam na mszę więc nie zabrałam ze sobą aparatu fotograficznego. Może i dobrze. Bo to co mi zostało po tej wizycie będzie po prostu we mnie. Sama podróż w tamto miejsce była już ciekawa. Mieszkałam w centrum Pesztu. Czyli w tej pięknej starej części. Żeby dostać się do tego polskiego kościółka skorzystałam tramwaju i autobusu. Wjechałam z tej przytulnej części turystycznego miasta i trafiłam na ulice trochę fabryczne, opuszczone (niedziela w końcu to była).  Poczułam się trochę tak jak w Warszawie w miejscach w jakie niezbyt chętnie się zapuszczam. Dojechałam do osiedla domków jednorodzinnych gdzie ten kościołek po prostu sobie stał i wyglądał niepozornie. Wnętrze jednak ma ciepłe i przytulne. Z polskimi akcentami, jak np. namalowane na suficie pokaźne grono aniołów z rozczapierzonymi skrzydłami, tak że tworzą Orła Białego. A ludzką duszą miejsca jest tamtejszy proboszcz, dzięki któremu poczułam się tam jak u siebie. Jak się okazało trafiłam na niecodzienny dla tego miejsca moment, bo były tam tłumy. Przyjechały  do Budapesztu trzy grupy turystów z Polski, które w tym samych czasie co ja, tu przybyły. Proboszcz był zadowolony, że ma tyle osób ma mszy, cieszył się śpiewem ludzi. No bo każda z przyjezdnych grup chciała pięknie i głośno zaśpiewać, więc od siły głosów dach się podnosił. Dodatkowo, zupełnie niezależnie od tych grup, przyjechał młody człowiek którego siostra tydzień wcześniej wzięła ślub w Polsce. I on przyszedł do tego kościółka, a że potrafił grać na organach, dał w czasie mszy i na jej końcu mały koncert organowy.  Ciepłe miejsce. Bardzo cieszę się, że udało mi się tam dotrzeć. Choć podróż nie napawała mnie optymizmem, to dotarcie do celu dało mi wiele radości.

(Rzymskokatolicka Polska Parafia Personalna pw. NMP Wspomożycielki Wiernych. 1103 BUDAPESZT X – Kőbánya, Óhegy utca 11; www.parafiabudapeszt.com).


oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Dwa miasta, dwie rzeki, dwa brzegi…

środa, 20 lipca 2011 11:01

Warszawa. Jadąc dzisiaj do pracy przejeżdżam warszawskim mostem. Mostem, który gwarantuje urocze widoki. Patrząc w dół rzeki mogę oglądać Stare Miasto. Kamienice malutkie, zwarte, ale kolorowo wspinające się nad wodą. Zamek Królewski choć nie monumentalny, ale jak ciekawy. Z licznymi zakamarkami, że oczy same szukają co jeszcze się tam kryje. Patrząc natomiast w górę rzeki (szczególnie latem), po stronie Pragi  widać dziki brzeg. Nie widać bloków, domów, jezdni. Są tylko drzewa, krzaki i nierówny brzeg porośnięty trawą. Tylko rosnący stadion wychyla się ponad korony drzew, tworząc z mostem Świętokrzyskim piękne zestawienie w tej zieloności. Mając taki widok przed oczami trudno uwierzyć, że to środek miasta. A jak dodać do tego wschód słońca, to słuchajcie powala na kolana! Drugi brzeg jest uregulowany. Schodki, ścieżka rowerowa, jakiś barek, w gruncie rzeczy tak słabawo, bo brzeg oddzielony jest od miasta ulicą, którą ciężko przekroczyć. Na wysokości mostu Świętokrzyskiego powstał jednak tunel, którym samochody pomykają i tym sposobem powstało zielone przejście nad Wisłę.

Budapeszt. Przechodząc pięknymi mostami można oglądać piękne wzgórze zamkowe, a po drugiej stronie rzeki piękną zabudowę Pesztu. I to wszystko ciągnie się wzdłuż rzeki, przez całe centrum miasta. A nocą, oczy z orbit wychodzą i nie wiadomo, w którą stronę się patrzeć, tak pięknie wyglądają brzegi z niesamowicie oświetlonymi budynkami i mostami oczywiście. Oba brzegi Dunaju są zabudowane. Wzdłuż nich są jezdnie. Dostęp do wody i do knajpek w postaci pływających statków, jednak jest przez umieszczone przejścia dla pieszych.

Choć Budapeszt ma więcej, jest bliżej i czuć go mocniej, to nie jest moją Warszawą z uroczym kolorowym Starym Miastem, czy burzliwym i dzikim praskim brzegiem.


oceń
1
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Łączy…

wtorek, 19 lipca 2011 22:53

Zapewne, po poprzednich dwóch wpisach, można się zorientować, że odwiedziłam Budapeszt.  Miasto składające się z dwóch części… czy tylko dwóch…? No tak, to zależy od punktu widzenia.  Na moje potrzeby przyjmę dwie części Budapesztu: Budę i Peszt. Podział podziałem, ale co je łączy? Fizycznie… Mosty.  

Most łańcuchowy oddano do użytku w 1849r. Po około 10 latach budowy. I był to pierwszy most z prawdziwego zdarzenia łączący Budę z Pesztem. Pytając się o mosty Budapesztu, ten jest wymieniany na pierwszym miejscu. Ten też odwiedziłam więc jako pierwszy. Spacer nim był czystą przyjemnością. Urzekający widok na wzgórze zamkowe po stronie Budy. Obracając się o 180 stopni można wzrokiem ogarnąć Dunaj, wyspę Małgorzaty i Parlament, a potem nakarmić oczy widokiem budynków Pesztu z wstającą nad nimi Bazyliką św. Stefana. Most  - metalowa konstrukcja oparta na dwóch (zakładam) betonowych filarach. Niesamowity łańcuch metalowy (trochę jak w rowerze) o „oczkach” tak dużych, że trudno było złapać je moim aparatem. A po obu stronach mostu, z góry, na wszystkich patrzą kamiennym wzrokiem lwy.

 

Widok na wzgórze zamkowe.

 

"Oczko" łańcucha.

 

Widok na stronę Pesztu.  

Most Małgorzaty oparty jest na kilku zdobionych filarach. Postawiony jest u rozwidlenia Dunaju. Konstruktorzy wykorzystali to, aby uczynić go szczególnym mostem. Droga mostu nie biegnie więc prosto, tylko na wysokości wyspy Małgorzaty skręca. Uczyniono tak, aby filary most na obu odnogach rzeki ustawione były równolegle do nurtu rzeki. Jadąc więc nim ma się szczególne wrażenie, że zbliżamy się do wyspy, aby lekko ją musnąć, a następnie się od niej oddalić. W czasie mojego pobytu w Budapeszcie most ten był w remoncie i nie mogłam go sobie pooglądać przez liczne rusztowania.

Most Elżbiety, powstał na przełomie XIX i XX wieku i niestety nie został zrekonstruowany po zniszczeniach w czasie II Wojny Światowej. Widok tego mostu na starych zdjęciach… szkoda, naprawdę. Teraz jest to zapewne most funkcjonalny. Prostotą cieszy, a bielą trochę odstrasza.  

 

 

Idąc od mostu Łańcuchowego trafia się na most Elżbiety. Swym wyglądem sprawiał wrażenie, ze dalej za nim to nie ma już nic ciekawego… Jakże to mylne wrażenie! Za nim przyczaił się mój most.  Most, który mnie urzekł, zaczarował, omamił wręcz swą urodą. Most Wolności. Powstał na koniec XIX wieku i jest (jak na warunki Dunaju) króciutki. Nazwę zawdzięcza temu, że jako pierwszy został odbudowany po II Wojnie Światowej. Wcześniej nazywany był mostem Franciszka Józefa. Most ten jest tak niesamowity, że brak mi słów. A więc zdjęcia:

Widok z góry Gellerta.

 

Widok na stronę Pesztu (podnóże góry Gellerta).

 

Widok w stronę Budy.

 

Nocą...

 


oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

W bezruchu…

środa, 13 lipca 2011 22:38

Kogo można spotkać w Budapeszcie? Oto kilka przykładów: 

 

 


oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Instrukcja obsługi…

piątek, 08 lipca 2011 23:38

Były „zamki i klamki”, było „cypryjskie wejście”…  czyli klamki w różnym wydaniu. Choć je fotografuję i tu przedstawiam, nie dopilnowałam jednej rzeczy. Nie przedstawiłam opisu użycia tego urządzenia, myśląc że to jest jasne. Klamka więc… jej użycie… co ja tu będę pisać, lepiej zaprezentować. W Budapeszcie znalazłam wizualizację. Wydaje się jasna, nie tylko dla osób angielskojęzycznych, gdyż zawiera również stosowne piktogramy.

 

 

Jak widać zapomniałam, że mogą być np. miejsca gorące, gdzie drzwi nie ma, bo i po co. Mogą być miejsca gdzie używa się tylko kołatek. Mogą być też miejsca, gdzie klamka ma kształt kolisty. Co sprawia, że inny jest jej sposób użycia (jak takową sfotografuję to i stosowny opis wprowadzę), niż klamek do jakich ja jestem przyzwyczajona.

A sokoro już tą formalność mam za sobą chcę jeszcze jeden uchwyt do otwierania drzwi przedstawić. Również z Budapesztu.

Fragment Bramy żebraków na wzgórzu zamkowym. Brama ta nie została zrekonstruowana zgodnie z pierwotnym wyglądem. Obecnie przypomina trochę pajęczynę, która składa się na dzielnicę Budapesztu z płynącym przez środek Dunajem. Przyznam, że brama nie zrobiła na mnie wrażenia, ale uchwyty już są ok. :)

 


oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Na własnym podwórku…

czwartek, 07 lipca 2011 0:01

Przyszedł czas, że opuściłam wyspę i powróciłam na kontynent. Do kraju. A tu raz na jakiś czas (raz na rok) odbywa się noc muzeów. W tym roku Noc Muzeów w Warszawie odbyła się w weekend 14-15 maja 2011. Raz w roku – w tą noc właśnie – otwierane są filtry warszawskie. Nie miałam więc wątpliwości aby tam się udać. Jakże naiwna ze mnie istota… udałam się tam na pół godziny przed otwarciem… to będzie o ile pamiętam tak około godz. 18.00. A tam kolejka, że końca nie widać. Nie zdecydowałam się. W celu sprawdzenia jak wygląda stan kolejki, pojawiłam się tam ponownie około godz. 23.00. Cóż wielkość kolejki nie zmieniła się… a osoby które stanęły w kolejce właśnie około godz. 18.00 to miały przed sobą jeszcze trochę stania. Według moich szacunków z półtorej godziny, może ze dwie…

 

Także Filtry warszawskie (i kolejkę do filtrów) obejrzałam tylko z zewnątrz…

 

 

 

Udało mi się zwiedzić pałac Mostowskich. No wiadomo za wiele tam oglądać nie można, ale stary sprzęt polskich policjantów, milicjantów mogłam zobaczyć. Bardzo fajna sprawa, szczególnie dla tych co lubią kryminały :) Mogłam również przymierzyć się do policyjnego motocykla :) To lubię :)

 

 

Widziałam gabinet Prezydenta m. st. Warszawy (nieoczekiwanie mały gabinet, ale bardzo przytulny) i Wojewody Mazowieckiego (większy niż gabinet pani Prezydent, na dodatek wyglądał tak jakby Wojewoda przed chwilą z niego wyszedł, to fajne było).

Obejrzałam, razem z przeogromnym tłumem ludzi, bardzo fajny pokaz wody, światła i dźwięku. To nowo otwarte fontanny na podzamczu ściągnęły takie rzesze, ale rzeczywiście było na co popatrzeć. Fontany wyrzucające pasemka wody w takt muzyki i to połączone z grą świateł, albo fontanny tak kierowały wodę, że tworzył się ekran, na którym pokazywane były różne miejsca jakie można znaleźć w Warszawie.

 

 

Nie była bym sobą gdybym nie dobyła broni… Przed pomnikiem Powstania Warszawskiego stali wojacy ze snajperskimi karabinami. Proszę mi wybaczyć tak lakoniczny opis broni, ale totalnie się na tym nie znam. Wiem za to, że trochę ten sprzęt waży, a luneta ma takie przybliżenie że nie ma zmiłuj.

 

 

Na koniec udało mi się również odwiedzić synagogę Nożyków, piękne miejsce. Choć przewodnik opowiadał historię miejsca jak i odpowiadał na pytania, to ja nic tu z tego nie wspomnę. Może wstyd się przyznać, ale po paru dobrych godzinach łażenia, udało mi się w końcu usiąść w ciepełku… podziałało to usypiająco. Po tym doświadczeniu jedyne co mogłam zrobić to wrócić do domu.

Synagoga im. Nożyków w Warszawie.

 

Osobiście traumatyczne z tej nocy mam jedno wspomnienie. Powrotu do domu komunikacją miejską. Nie powiem, „wesoły autobus” to był. Szczególnie jak na warunki w jakich przyszło jechać.  Napchany do granic możliwości, na zakręcie dostał takiego przechyłu, że zadrżałam na całym ciele. Kierowca chyba też, bo przed każdym następnym zakrętem odpowiednio już zwalniał. Nie ma co też ukrywać, autobusy nocne to starsze modele. Co nie znaczy gorsze. Podejrzewam, że może nawet lepsze. Jak się takowy egzemplarz przegrzał, to odstał chwilę i ruszył dalej. A te nowe… no niewiadomo czy by pociągnęły. A w autobusie taka zwarta masa ludzi była, że nawet jak był wymuszony postój, to nie było szansy wyjść „na papieroska”. No chyba, że ci przy drzwiach, ale oni to sami wypadali jak tylko drzwi się otwierały, ale to prawa fizyki działały.

 

Kilka autobusów komunikacji miejskiej w Warszawie. Starych  (jeszcze starszych niż te którymi można jeździć nocą po Warszawie) i nowych.

 

Pierwszy raz byłam na tej imprezie, ale warto. Trzeba się jednak liczyć z totalnym tłumem ludzi i jeżeli ktoś nie lubi takich zbiorowisk to traumatycznym przeżyciem może być nie tylko powrót do domu.  


oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Cypr miłości i piękna...

wtorek, 05 lipca 2011 15:31

Na Cyprze zachwyciło mnie szalejące morze na wybrzeżu wyspy. W mitologii w różny sposób opisują powstanie przepięknej bogini miłości i piękna, kwiatów, pożądania i płodności -  Afrodyty. Jednak w każdej historii jest mowa o brzegach Cypru i pianie jaka odegrała w akcie stworzenia niemałą rolę. Cypr to ulubiona wyspa Afrodyty i wszędzie można zobaczyć tego objawy.

A teraz coś dla szukających nadziei na miłość. Na plaży Afrodyty każdy może szukać kamienia w kształcie serca… czy jego znalezienie gwarantuje miłość? Miłość szczęśliwą, pełną pożądania i (toż to tym sposobem u bogini płodności będziecie szukać wsparcia) z tłumem potomków i potomkiń… Kto nie sprawdzi te nie wie ;)

 

 

 

Bogini piękna... nic więc dziwnego, że na Cyprze ludzie lubili otaczać się pięknymi przedmiotami. Niewiele z przepychu domów możniejszych ludzi zostało. To co zostało jednak zachwyca. Na mnie wielkie wrażenie zrobiły mozaiki. Choć wyblakłe, od ciężaru ziemi, który przyciskał je przez lata, wciąż piękne.

 

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl